Pierwsze kroki w IT · Odcinek #81

Jak z optymizmem przejść proces przebranżowienia

Wioletta Bajor, trener mentalny oraz psycholog pozytywny, mówi o tym, jak poradzić sobie z procesem przebranżowienia w taki sposób, aby pozytywne myśli nas nie opuszczały. Porozmawiamy o tym, w jaki sposób przygotować się do zmiany i jak zareagować na spadek motywacji. Poruszamy też takie tematy jak radzenie sobie z toksycznym środowiskiem oraz poprawę wiary w samego siebie.

Host: Mateusz Bogolubow

Gość: Wioletta Bajor

15-03-2024

(aktualizacja: 13-10-2026)

Wioletta Bajor, trener mentalny, coach i specjalistka hipnozy, tłumaczy, jak przekuć negatywne emocje towarzyszące decyzji o przebranżowieniu w motywację do zmiany, oraz jak poradzić sobie z poczuciem zobowiązania wobec toksycznej pracy. Radzi, jak nie tracić motywacji podczas wielomiesięcznej nauki nowego zawodu — poprzez świadomość swojego "dlaczego", system nagród za etapy oraz ograniczenie kontaktu z demotywującymi treściami w social mediach. Omawia też, jak zbudować wspierający mindset, jak przygotować się do rozmowy rekrutacyjnej bez popadania w nadmierną pewność siebie, oraz jak otoczenie i mentor mogą wspierać osobę w procesie zmiany zawodowej, nie przejmując przy tym odpowiedzialności za jej wyniki.

Wioletta Bajor

WWW · Facebook · Instagram

Wioletta Bajor określa siebie jako "managerkę radości i uśmiechu" — łączy hipnozę, coaching i trening mentalny, by docierać do klientów zarówno na poziomie świadomym, jak i podświadomym. Pomaga osobom w życiowej zmianie, w tym przechodzącym proces przebranżowienia zawodowego.

Wioletta rekomenduje:

Powiązany artykułJak się przebranżowić do IT w 2026? Poradnik i prognoza na 2027Czytaj artykuł →

Skrót rozmowy: Jak z optymizmem przejść proces przebranżowienia

Dziś moim gościem jest Wioletta Bajor. Wiola opowie nam o tym, jak z optymizmem przejść cały proces przebranżowienia i czy faktycznie możemy zmienić pracę z nieznikającym uśmiechem na twarzy. Wiolu, dziękuję, że przyjęłaś moje zaproszenie na rozmowę.

Ja też bardzo się cieszę, bo absolutnie wiem to i wierzę, że da się z optymizmem i z uśmiechem przejść przez proces przebranżowienia. Ja bardzo lubię mówić o sobie, że jestem takim managerem radości i uśmiechu, bo ten uśmiech towarzyszy mi od jakiegoś czasu i tak naprawdę nie znika z mojej twarzy.

Oprócz tego zajmuję się hipnozą, coachingiem i jestem trenerem mentalnym, bo połączenie tych, wydawałoby się na ogół różnych dziedzin, powoduje, że mogę docierać do człowieka nie tylko na poziomie świadomym, ale też na poziomie podświadomym, bo niektórzy takiego wsparcia potrzebują.

Co łączy Cię z branżą IT?

Moi klienci nie są chyba związani stricte z branżą IT, a przynajmniej nie przychodzą do mnie dlatego, że to IT leży im gdzieś na wątrobie i potrzebują wsparcia. Jestem raczej takim człowiekiem, do którego przychodzą osoby w zmianie, które doszły do momentu, gdzie mówią: kurczę, coś mi tam nie styka, jestem w takim momencie swojego życia, że nie bardzo wiem, w którą stronę iść i wtedy przychodzą do mnie.

Odnośnie do hipnozy, to wyprzedzając Twoje pytanie − czasami przychodzą do mnie osoby, którym nikt nie pomógł, osoby, które były już u coacha, u terapeuty, u psychoterapeuty, leczą się od dwóch lat i to w ogóle nie pomaga i mówią: no dobra, to już nic nie pomogło i co teraz? No i hipnoza jest tym magicznym sposobem, który pomaga.

A czy możesz nam powiedzieć, jak wygląda proces przygotowania do hipnozy?

Nie ma żadnego magicznego przygotowania, chyba że chcesz się bawić w hipnozę sceniczną, to wtedy tak. Ja nie bawię się w taką hipnozę, bo ja nie jestem hipnotyzerką, tylko hipnoterapeutką: przychodzi ktoś do mnie na normalną sesję, jesteśmy w normalnym pomieszczeniu, nie zabieram go w żadną magiczną krainę, przynajmniej fizycznie. Osoba ta siada na normalnym krześle.

Nie liczysz do 10 i nie mówisz, zamknij oczy?

I teraz śpij! Właśnie dlatego ludzie czasem boją się hipnozy, bo obawiają się tego, że ja im powiem: raz, dwa, trzy, teraz śpij, pstryknę palcami i oni stracą przytomność, całkowicie stracą świadomość, kontakt z rzeczywistością i nagle będą pieskami, kotkami. Wyciągnę od nich pin do konta i będę robić jakieś lewe przelewy. Absolutnie nie.

Podczas hipnozy ty wiesz, gdzie jesteś, nie tracisz całkowicie kontaktu z rzeczywistością. Czyli jeżeli ktoś do mnie przychodzi na taką sesję, to on wie, że tutaj przyszedł. Ja też to mocno podkreślam, że on jest tutaj świadomie, że on przyszedł tutaj, bo chciał tutaj przyjść. Mówię mu, gdzie jest, jaki jest dokładny adres. I on też to wie.

Chodzi tylko o to, że to wszystko, co się dzieje w jego umyśle i w jego podświadomości nie dzieje się tu i teraz. Czyli nie jest świadomy tego, że tak jak my teraz rozmawiamy tu razem, tylko jest w stanie przenieść się np. do swojego dzieciństwa. Jest w stanie przenieść się np. do trudnej sytuacji, do trudnej rozmowy z szefem, bo to są czasem takie momenty, kiedy ludzie potrzebują powiedzieć: nie no ten szef to cały czas mnie tak irytuje, wkurza, a ja nigdy nie mogę mu powiedzieć. Natomiast podczas hipnozy możesz mu to powiedzieć. Możesz się nauczyć, jak z nim rozmawiać.

OK, super. To może nagramy jeszcze osobny odcinek na temat hipnozy.

Myślę, że nie jeden można by nagrać.

Trzymam za słowo i będę myśleć, jak to zorganizować.

Jak negatywne emocje, które motywują do zmiany, zamienić na coś pozytywnego?

Myślę, że nie ma potrzeby ich zamieniać, ponieważ czasami te negatywne emocje, które dociskają nas do ściany, powodują, że my w ogóle czujemy potrzebę podejścia pod tę zmianę. Są takie osoby, które potrafią to sobie rozpisać na kartce/w Excelu i działają ad hoc. Są jednak tacy ludzie, którzy nie podejmą się zmiany, jeżeli nie poczują negatywnych emocji. Dlatego ja bym tych emocji absolutnie nie zmieniała, bo są one czasem motywatorem do zmiany.

Nasze emocje, irytacja miną w momencie, gdy zaczniemy być w procesie zmiany − ten szef, który Cię zawsze denerwował niedługo przestanie być twoim szefem. To środowisko, które Cię do tej pory denerwowało, być może są to znajomi z pracy − niedługo nie będziesz miał z nimi kontaktu, a nawet jeżeli będziesz miał, a będziesz już w procesie przebranżowienia − będziesz przychodził do pracy i będziesz potrafił powiedzieć: no dobra, oni tam jeszcze są, patrzą na tego szefa, a ja już tak naprawdę wiem, że za chwilę mnie tam nie będzie. Patrzysz na to z zupełnie innej perspektywy, bo to flow, ten Twój cel, który jest już prawie w zasięgu Twojego wzroku, on Cię tak niesie i tak prowadzi, że Twoje emocje zaczynają same się zmieniać pod wpływem zmiany.

Przychodzisz do domu, zaczynasz uczyć się czegoś, co sprawia Ci frajdę, zaczynasz poznawać nowe rzeczy, zaczynasz chodzić na eventy związane z tymi rzeczami, poznajesz nowych ludzi. To wprowadza w Tobie pozytywną zmianę − skupiasz się na ludziach, którymi potrzebujesz się otaczać w tym momencie. To wszystko zadzieje się samo i nie ma potrzeby zmuszania się do niczego.

Zatrzymajmy się jeszcze chwilę przy tej pracy, bo niestety (albo w zasadzie stety, bo przez to ją zmieniamy) często jest tak, że jesteśmy źle traktowani w pracy, jest nam źle, obojętnie z jakiego powodu, ale jesteśmy w pewien sposób zobowiązani wobec pracodawcy, na tyle, że nie chcemy podjąć tej ostatecznej decyzji o zmianie.

Jak sobie poradzić z poczuciem zobowiązania wobec złej pracy?

Wszystko zależy od tego, dlaczego ta osoba czuje się taka zobowiązana lub, jak to nawet ująłeś, uzależniona? Czy to chodzenie do pracy tak naprawdę sprawia jej faktycznie przyjemność? Czy jest tam coś co ona lubi i nie chce od tego odejść? Czy być może ta zmiana, która ma nadejść nie jest tak naprawdę jej zmianą?

To może podam przykład. Oni dali mi szansę 10 lat temu, bo po prostu przyjęli mnie do pracy. Ja teraz boję się, że jak ich zostawię, to sobie beze mnie nie poradzą. I słyszę to również np. od szefa: No słuchaj, jak tak możesz nas zostawiać? My ci daliśmy wtedy szansę, a ty teraz nas zostawiasz po tych 10 latach i jak my mamy sobie bez ciebie poradzić?

Jest to próba namówienia tej osoby do tego, żeby została, mimo tego, że ona tego nie chce, bo np. w tej pracy się nie rozwija albo jest wykorzystywana na zasadzie: a popracuj 10-12 godzin dziennie, bo nikt inny tego za ciebie nie zrobi, a my sobie nie poradzimy bez ciebie.

Podeszłabym do tego bardzo racjonalnie, bo popatrz, jak długo jeszcze chcesz być taki zobowiązany i żyć w takim poczuciu, że oni kiedyś mi pomogli to ja im też będę pomagać. Oni pomogli mi raz – fajnie, ale to nie znaczy, że ja im będę pomagał codziennie, bo codzienna pomoc przez 365 dni to jest 365 dni pomocy. Co prawda nie pracujemy aż tyle, bo pracujemy tylko 5 dni w tygodniu, ale przez te 10 lat na pewno się tyle uzbierało.

Najlepiej byłoby, gdybyśmy zaczęli z nimi rozmawiać o faktach. Możemy powiedzieć, że ja faktycznie jestem wdzięczny za to, że wtedy daliście mi szansę, bo jej potrzebowałem, ale ja już spłaciłam to zobowiązanie. Poprzez takie komunikaty oni też to muszą zrozumieć, bo inaczej cały czas mogą na nas wymuszać, do momentu, gdy my im tego nie uświadomimy i nie powiemy konkretnie: hello, stop, bo to już się zadziało, fajnie, że tak było, ale ja przez te 10 lat się zmieniłem, wy też się zmieniliście, pora na coś nowego.

A myślisz, że może być też tak, że jest to właśnie wymówka? Teraz mówiliśmy o sytuacji, w której to oni nie chcą nas puścić. Może być też odwrotnie: to nam jest po prostu łatwiej powiedzieć, że to przez nich nie możemy odejść, a tak naprawdę nie chcemy wyjść przed szereg. Jak możemy pomóc nam samym, żeby pozwolić sobie na to, by zrobić ten krok do przodu?

Pytanie, czy my chcemy zrobić ten krok do przodu? A może jest to tylko coś, co nas pcha, a tak naprawdę pochodzi to od kogoś innego? A może wypada nam już coś zrobić, bo wszyscy dookoła coś zrobili? Dlaczego mamy coś zmieniać, gdy czujemy się dobrze w danym miejscu? Jeżeli pracujesz w danym zakładzie pracy 20 lat, tak jak nasi ojcowie, i jest ci tam dobrze, zaspokaja to twoje potrzeby, dostajesz odpowiednie wynagrodzenie, czujesz się tam stabilnie, bezpiecznie, to po co to zmieniać? Tu nie ma takiego „wypada” i „powinienem”.

Nie powinieneś czuć takiej potrzeby: o, dobra, to ja muszę, czuję się zobowiązany. Skąd się w ogóle wzięło takie uczucie zobowiązania? Najczęściej wynika to stąd, że jesteśmy pchani do tej zmiany przez kogoś albo przez siebie. Jeżeli to pochodzi od nas i my chcemy coś zmienić, to tutaj przyda się rozmowa z pracodawcą, że halo, my chcemy teraz zmiany, spłaciliśmy to co wy nam daliście. Przechodzimy w nowe z wdzięcznością, z taką ufnością na dobre jutro.

Jeżeli jednak ta zmiana pochodzi od kogoś innego, np. mama nam mówi: dobra, to już powinieneś zrobić coś nowego. Żona suszy nam głowę, że: a tam sąsiad się przebranżowił/zmienił pracę i ma lepiej − trawa u sąsiada zawsze bardziej zielona. W takich sytuacjach ta zmiana nie wychodzi od nas. W związku z tym szukamy wtedy takich blokerów − rzeczy, które wymuszamy na sobie: a wiesz, bo oni mi pomogli, to ja teraz muszę im to oddać. To dlatego, że my wewnętrznie nie jesteśmy gotowi na zmianę.

Dopytam jeszcze do tego wątku − myślisz, że ta gotowość może przyjść za chwilę i wtedy będziemy się czuli inaczej? Czy może być też tak, że przez chwilę myśleliśmy o tym, że to jest dobra decyzja, a potem doszliśmy do wniosku, że jednak nie i nasz umysł nas o tym informuje, zniechęcając nas do tego kroku.

Jeżeli ty nie wiesz, co cię tak naprawdę blokuje, to dobrze iść do kogoś, kto ci to wyłoży. Ja tutaj bardzo lubię pracę coachingową, bo gdy idziesz do dobrego coacha, to zmierzasz się sam ze sobą i z własnymi myślami. Jeżeli robisz to szczerze i uczciwie wobec siebie, odpowiadasz na pytania: czemu ty tak naprawdę chcesz tej zmiany? Co cię tam prowadzi? Czy ty jesteś gotowy?

Skąd to wynika? Robisz sobie własny research i ty już wiesz, czy jesteś gotowy, czy jednak ta blokada jest i nie pójdziesz dalej, a potrzebujesz gdzieś popracować.

To może dopytam też o sesję coachingową, bo może tak samo jak w przypadku hipnozy mamy zły obraz takich spotkań. Czy mogłabyś przybliżyć nam jak to wygląda, żebyśmy nie obawiali się tego pierwszego spotkania – zazwyczaj, gdy człowiek czegoś nie zna, to nie jest przekonany do takiego rozwiązania?

Chodzi ci o taką sesję coachingową?

Tak.

Tutaj coach pracuje na zasobach, czyli wyciąga wszystko to, co jest już w tobie i konfrontuje to z rzeczywistością. Czyli jeżeli potrzebujesz zmiany, to pytanie, skąd ta zmiana wynika? Dokąd chcesz dojść? Jakie masz zasoby? Czy jesteś już gotowy na tę zmianę?

Czasami jest tak, że my bardzo dużo chcemy, ale wiemy, że w tym momencie nie jesteśmy w stanie pozwolić sobie na zmianę i potrzebujemy np. roku, aby się do niej przygotować. Dostajesz natomiast konkretne narzędzia, konkretne case’y, sposób w jaki to zrobić, dostajesz rozpisany krok po kroku cel, żebyś ty też wiedział, co zrobić. Bardzo konkretna praca.

Ile takich sesji potrzebowalibyśmy, żeby dojść do jakichś wniosków? Czy jedno spotkanie wystarczy, czy jest to raczej takie spotkanie na rozeznanie się w temacie, a potem mamy kilka spotkań, które pozwolą nam sobie ten temat przepracować? Wiem, że jest to mocno indywidualne, ale może są to 4 spotkania, po których jesteśmy już w stanie się czegoś spodziewać, czy raczej musi być to dłuższy okres?

Tak jak powiedziałeś − jest to bardzo indywidualne, bo są osoby, które przychodzą do mnie i mówią tak: ja potrzebuję i chciałbym uzyskać to i to, ale nie wiem jak do tego dojść. No i wtedy siadamy i pracujemy stricte na zasobach: jak do tego dojść, co możesz zrobić, co masz, czego nie masz, co potrzebujesz. Rozpisujemy to sobie, bo czasami człowiek sam, w domu nie ma takiej perspektywy.

Natomiast są też takie case’y i tacy ludzie, którzy potrzebują dłuższych spotkań. Ja nigdy nie robię sesji dłuższych niż 8 spotkań, bo uważam, że proces ośmiotygodniowy to już jest proces − jest czas na zastanowienie się, na wdrożenie działań i na zobaczenie, czy to, co wdrażam, jest moje, czy to przynosi mi skutek i czy to jest zgodne ze mną. Czyli taki maksymalny proces u mnie to jest osiem tygodni.

Jak złe środowisko w pracy wpływa na proces nauki?

Takie złe i niesprzyjające środowisko ma bardzo negatywny wpływ na to jak przyswajamy wiedzę i jak w ogóle się czujemy, ponieważ w takim środowisku wchodzimy w tryb przetrwania, a wtedy nie patrzymy na to, żeby się rozwijać i rozkładać skrzydełka, tylko kulimy się niczym małe dziecko. Chowamy ramionka i mówimy: dobra, to tylko jeszcze jeden dzień. Wtedy zmienia się również nasz oddech − jesteśmy tacy sapiący, skupieni na tym, żeby przeżyć, coś odhaczyć. Przychodzimy do domu. Jesteśmy bardzo zmęczeni i nie mamy po prostu ochoty na to, żeby robić coś jeszcze.

Dlatego ważne jest to, że jeżeli już stawiamy sobie taki cel, chcemy jakiejś zmiany, to ten cel cały czas ma nam przyświecać, abyśmy znaleźli nasz własny case, odpowiedzieli na pytania: po co my to robimy, do czego my chcemy dojść, dlaczego my to robimy? To będzie sprawiało, że będziemy przychodzić do domu, nauczymy się jakichś technik relaksacyjnych albo rzeczy, które odcinają nas trochę od tego, co dzieje się w pracy, aby być w stanie rozłożyć te skrzydełka i przejść do czegoś nowego. Jeżeli sami tego nie potrafimy zrobić, bo jest to zbyt trudne, wtedy jak najbardziej pomocna będzie taka sesja coachingowa.

A czy myślisz, że przy tak złym środowisku, jesteśmy w ogóle w stanie przejść przebranżowienie? Wszystko możemy, ale pytanie o ile trudniejsze jest to np. w takiej sytuacji, że ktoś nam ciągle mówi, że nie dasz rady albo że się nie nadajesz? Ponownie, jest to mocno indywidualna sytuacja, ale zastanawiam się, czy jeżeli mamy pomysł na przebranżowienie to musimy się najpierw zastanowić nad swoją sytuacją i poustawiać swoje życie, a dopiero potem zaczynać naukę i inne rzeczy? Jak myślisz, z własnego doświadczenia − jak bardzo jest to istotne? W jakim stopniu jesteśmy w stanie zwiększyć swoje szanse na zrealizowanie swojego celu, jeżeli popracujemy wcześniej nad np. nawykami czy lepszym otoczeniem?

Zdecydowanie. Jeżeli wcześniej to przepracujemy, to będzie nas to prowadzić ku lepszemu. Jeżeli jednak cały czas będziemy czekać na lepsze czasy, to te lepsze czasy mogą nigdy nie nadejść, bo życie jest życiem − nie jest usłane różami i ciągle będą nas spotykać rzeczy, które sami sobie będziemy tłumaczyli jako kłody pod nogi, które rzuca nam życie i nie możemy działać tak jakbyśmy chcieli: teraz tego nie mogę zrobić, bo jest COVID, teraz tego nie mogę zrobić, bo jest wojna na Ukrainie, teraz tego nie mogę zrobić, bo są niepewne czasy.

Ciągle będziemy się sami sabotować. To też nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby stanąć w prawdzie ze sobą i stwierdzić, czy ja tego naprawdę chcę, czy ja podołam? Jeżeli będziemy wiedzieli, że to jest faktycznie nasza droga to będziemy wiedzieli, że podołamy. A jeżeli nie będziemy tego wiedzieli, to wtedy zapraszam na sesję coachingową i dowiesz się, czy podołasz.

Jak radzić sobie z wątpliwościami na etapie przebranżowienia do IT?

Tak, nasz umysł będzie nas sabotować i dobrze to wiedzieć wcześniej, tak jak powiedziałeś. Dobrze jest pracować nad tym już wcześniej przy podchodzeniu do zmiany: założyć sobie, że to jest normalne, że ten umysł będzie nas sabotować, bo nasz umysł, tak jak wspomniałeś, on od razu wie, że to będzie duży wysiłek energetyczny. A po co nam duży wysiłek energetyczny, skoro możemy wyłożyć nogi na stół i obejrzeć kolejny odcinek serialu na Netflixie?

Nie chcemy się przepracowywać, robić coś ponad. W związku z tym nasz mózg będzie nas sabotować. Gdy będą się zdarzać takie momenty (a będą się zdarzać) to dobrze sobie powiedzieć: dziękuję ci kochany umyśle, że jesteś i że czuwasz, bo to znaczy, że ze mną jest wszystko OK i że ty, sabotując mnie, robisz mi dobrze, tak naprawdę. Wtedy wracamy do tego pytania: dlaczego i po co ja to w ogóle robię? _Ale ja mam taki cel, chcę do tego dojść. To jest mi potrzebne, dlatego że będę mieć możliwość pracy z każdego miejsca na świecie.

Nie będę musiał pracować od 8 do 16, tylko będę mógł popracować sobie 2 godziny rano, 2 godziny po południu i 3 godziny w nocy_ (bo wiem, że branża IT często pracuje nocą). Dobrze jest więc sobie uświadomić, po co my to tak naprawdę robimy, co nam to da?

Może tutaj dopytam: czy sama wiedza, że umysł nas sabotuje i jest to normalne, ułatwi nam drogę? I nie musimy wiedzieć niczego więcej, tylko przejść do tego, jak do normalnej czynności? − OK, wiem, że ty nie chcesz, ale ja mam odpowiednią motywację do tego i mimo wszystko zróbmy to razem.

Tak, ta wiedza pozwoli nam na to, że będziemy wyłapywać te momenty, kiedy on będzie nas sabotować. Czyli w momencie, kiedy on powie, dzisiaj jesteś taki zmęczony i nie rób tego, to my sobie powiemy: no dobra, OK, fajnie, że tak mówisz.

Dobrze jest też wyznaczać sobie cele, które są realne, abyś się od razu nie zaharował. My często wyznaczamy sobie takie cele (często jest tak z celami noworocznymi), że np. ja zrobię teraz to, tutaj pójdę na siłownię, tu będę czytał 10 książek dziennie, tu zrobię tamto siamto i jeszcze się przebranżowię. I tak się zasypaliśmy, że nie dajemy rady. Nie o to chodzi.

Chodzi o to, żeby mieć taki cel, do którego systematycznie dążymy − wiemy po co coś robimy i możemy powiedzieć: kochany mózgu, ja wiem, że dzisiaj jestem na tyle zmęczony, że może nie siądę do tego na godzinę, a na 15 minut i zobaczę co się stanie po tych 15 minutach, bo wiem, po co to robię.

To teraz chciałbym się podzielić taką moją motywacją. Kiedyś sobie wymyśliłem i trzymam się tego, że jeżeli czegoś mi się nie chce to myślę sobie OK, to jest najlepszy moment, żeby wyprzedzić innych − bo skoro wszystkim się nie chce, to spora część z tych osób nie będzie tego robić, a tylko garstka działa, wtedy kiedy im się nie chce − i to jest moment, w którym możemy wyprzedzić wszystkich innych. Czy myślisz, że takie podejście jest dobre? Czy nie jest to coś co może prowadzić właśnie do zaharowania?

Zdecydowanie jest to dobre. Oczywiście wszystko w granicach normy. Ja też nie jestem zwolennikiem tego, żeby się zaharowywać, ale tutaj masz rację. Każdy z nas ma taki moment, że nam się nie chce i częściej jest tak, że nam się nie chce niż chce. Ludzie odnoszą sukcesy nie dlatego, że im się chce tylko dlatego, że są oni zdeterminowani, mają cel i działają systematycznie.

Czyli mimo tego, że mi się nie chce, to wkładam te buty i idę pobiegać. Być może dzisiaj nie jestem na siłach pobiegać godzinę, tak jak mówiłam wcześniej, tylko 15 minut, ale ja to zrobię, bo innej osobie się nie chce i w ogóle nie wyjdzie dzisiaj z domu, bo na przykład leje.

To może tutaj coś wtrącę i opowiem też coś od innej strony: wiem też, że powinienem słuchać swojego ciała. Nauczyłem się już, że gdy moje ciało mówi, że naprawdę nie mam siły, to wiem, że to czas by odpuścić i odpocząć, żeby nie okazało się, że pójdę pobiegać, będę chory i przez to na dwa tygodnie zostanę wyłączony. To, co miałem sobie wypracować, czyli wyprzedzić innych, osiągnąłem, bo wyprzedziłem ich o 2 metry, ale potem znowu cofnąłem się o 20. To wszystko jak zwykle zależy.

Tak, dlatego ja tutaj też wspomniałam, że trzeba być uważnym na swoje ciało. Jeżeli czujesz, że to faktycznie nie jest twój dzień, to nie biegaj godzinę tak jak zawsze biegałeś, pobiegaj 15 minut. Jestem jednak zwolennikiem tego, żebyś cokolwiek zrobił. Być może w tym momencie w ogóle nie pobiegasz, bo czujesz się źle, niedobrze, masz dreszcze, to wejdź do łóżka, ale przynajmniej mentalnie pobiegaj. Weź książkę o bieganiu.

Przelicz sobie ile tych kilometrów już zrobiłeś, jakie poczyniłeś rezultaty. Zrób coś, co jest związane z twoim celem, bo to mentalnie i tak cię przybliży do sukcesu.

Jak nie tracić motywacji podczas nauki?

Ja jestem wielkim zwolennikiem nagradzania, ale żeby się nagrodzić, to trzeba wiedzieć, za co się nagrodzić. Sam powiedziałeś, że przebranżowienie to jest proces, który może trwać 6 miesięcy albo nawet jakiś dłuższy okres, więc dobrze jest wiedzieć co nas konkretnie czeka. Na przykład, jeśli nie mam w ogóle doświadczenia w branży IT, to ja zdecydowanie zwróciłabym się do kogoś takiego jak ty, żebyś mi powiedział, jak to będzie wyglądać? Ile ten proces będzie trwał? Z czym będę się zmierzać?

Jakie są poszczególne etapy tego procesu, bo na razie jestem zielona w temacie, nie mam kompletnie pojęcia jak to będzie wyglądać. Czy są jakieś działy, które po kolei będę połykać i będę w nich coraz lepsza? Załóżmy, że są tam jakieś systematyczne działy, które będę poznawać. W związku z tym, już na samym początku wyznaczam sobie jak będę się za to nagradzać.

My w ogóle nie celebrujemy i nie nagradzamy swoich trudów i wysiłków, a jak już mówiliśmy wcześniej, takie nabywanie nowych umiejętności, to jest jednak wysiłek energetyczny nie tylko dla mózgu, ale czasami również dla ciała − bo jesteśmy bardziej zmęczeni fizycznie. Ustalam sobie więc od początku nagrodę za pokonanie pewnego odcinka drogi. To nie musi być od razu kupowanie Mercedesa, nowego Ferrari i robienie jakichś cuda wianków. Wystarczy, że pójdziemy na dobry film do kina, kupimy sobie nową książkę albo zrobimy sobie dwa dni przerwy od nauki i pojedziemy w góry, odstresujemy się, zrobimy sobie np. relaksacyjną kąpiel w wannie, którą ja np. uwielbiam i mogę tam spędzić dwie godziny.

Ważne, żeby było to z intencją celebracji, bo zaraz ktoś powie, że no dobra, ale ja do takiego kina to mogę iść i bez nagrody. Po prostu jest film, mam ochotę pójść i idę − jest OK, tylko że wtedy po prostu idziesz do kina, a nie idziesz do kina w nagrodę za coś. Jak byliśmy dziećmi w podstawówce to pamiętamy, jak bardzo wyjątkową okolicznością były dla nas nagrody na koniec roku. Taką nagrodą była książka rozdawana przez dyrektora czy nauczycieli. Była ona dla nas tak wyjątkowa, a przecież tak naprawdę ta książka kosztowała 20-30 zł − pewnie mama mogła nam ją kupić, ale była ona nam wręczana przez dyrektora z nobilitacją, że ty jednak jesteś wyjątkowy.

I ty też stań się dla siebie takim wyjątkowym człowiekiem kupując sobie tą wymarzoną książkę, idąc do kina. Zrób sobie z tego taką celebrację. Ubierz się ładnie, wyperfumuj się. Wybierzesz film o takiej i takiej godzinie, która jest dla ciebie odpowiednia, po kinie być może pójdź jeszcze na spacer, żebyś wiedział, że to jest ten moment celebracji i przejdź dalej. To naprawdę pomaga, zwłaszcza przy takich długich planach.

Pół roku to taki okres, gdzie jesteśmy jeszcze w stanie się zmobilizować i to przejść, ale jeżeli będzie to trwało dłużej (do dwóch lat) to faktycznie dobrze jest mieć takie: dobra, to już zaliczyłem, to teraz idę dalej.

To, co sprawdza się jeszcze u mnie, co wpadło mi teraz do głowy, to np. jak założyłam sobie, że przeczytam 54 książki, to mam z tyłu kalendarza taką tabelkę od 1 do 54 i każdą przeczytaną książkę skreślam. To dla mnie już robi robotę, jeśli wiem, że: o cudownie skreśliłam sobie dzisiaj kolejny krzyżyk. Mój mózg wie, że jestem coraz bliżej celu.

A czy powinniśmy zwiększać te nagrody? Jeżeli jest to okres dwóch lat, to czy przypadkiem nie pojawia się problem tego typu, że ta nagroda już nie będzie spełniać swojego zadania, gdy będziemy mieli za każdym razem taką samą nagrodę i nie będzie jakiegoś wzrostu?

Nikt nie powiedział, że to musi być ta sama nagroda. Ty sam sobie ustalasz tę nagrodę, więc możesz wymyślić co to będzie. Już w tym momencie możesz sobie ustalić, że za dwa lata, jeżeli osiągniesz swój cel, wyjedziesz na jakąś wycieczkę i zaczynasz na nią np. zbierać: odkładasz do słoika 10 złotych, 100 złotych, ileś tam złotych miesięcznie czy tygodniowo, bo wiesz po co to robisz i wiesz, że potem jesteś w stanie się nagrodzić.

Jak poradzić sobie z wątpliwościami, gdy widzimy cudze niepowodzenia w mediach społecznościowych?

Nagle wydaje nam się, że tylu osobom się np. nie udało. Dlaczego w takim razie ma nam się udać? Jak poradzić sobie w momencie zwątpienia, który jest dodatkowo potwierdzony informacjami z zewnątrz?

Myślę, że sam już sobie odpowiedziałeś na to pytanie, bo powiedziałeś, że szukasz potwierdzenia i sam znajdujesz tę jedną negatywną rzecz, a potem wyskakuje ci gro następnych. Po co szukać? Nie szukajmy. Nie demotywujmy się sami, bo trochę robimy to na własne życzenie. To my sami wpisujemy: dlaczego nie mogę się zmotywować? Czy jeżeli jestem smutny 3 dni, to już jestem zdemotywowany i jak to może wpłynąć.. To jest tak jak z doktorem Gogle, który na ból głowy mówi nam od razu, że mamy raka mózgu albo jakieś inne schorzenie − bo gdy coś czytamy, to on to coraz bardziej podkręca.

Proponuję tu więc najprostsze rozwiązanie: nie wpisujmy, nie czytajmy, znajdźmy sobie jednego, dwóch, trzech, czterech takich mentorów, ludzi, którym się udało, którzy doszli do tego, co chcemy osiągnąć i czytajmy o nich, słuchajmy ich, patrzmy co oni zrobili, idźmy w ich ślady, bo wtedy w taki sam sposób będą nam wyskakiwać osoby, którym się udało i będą one potwierdzać to, że jednak damy radę.

Skoro to takie proste to dlaczego tego nie robimy?

To jest zbyt proste, żebyśmy to robili, rozumiesz? Czasami takie najprostsze rzeczy, sami sobie sabotujemy, bo mówimy, nie, no to nie może być takie proste. To tak jak z przygotowaniem się do egzaminu: dlaczego ten egzamin tak nas stresuje i dlaczego my idąc tam jesteśmy tacy niepewni? Wystarczyło nauczyć się wcześniej materiału i wtedy stresowałbyś się mniej. Jeśli uczymy się dwa dni przed egzaminem, a potem pomstujemy i stresujemy się, że nam się nie udało, to robimy to trochę na własne życzenie.

Czy to jest trochę tak jak z tym czerwonym autem, które widzimy wszędzie, a jeżeli my chcemy takie kupić, to nagle się okazuje, że wszędzie na drogach takie jeżdżą? A miało być takie unikalne!

Dokładnie tak jest. Zresztą te algorytmy tak działają, wystarczy, że np. coś powiesz. Ja ostatnio powiedziałam coś o grze w tenisa i od razu zaczęły mi wyskakiwać informacje o tenisie − to, co mówimy, co myślimy, to co szukamy, to wszystko wyskakuje nam w powielonej ilości.

Jak zbudować odpowiedni mindset chroniący przed negatywnymi emocjami?

Dobrze jest zbudować ten mindset, ale co to tak naprawdę jest? Teraz dużo w ogóle mówi się o tym mindsecie, że np. tutaj dobrze mieć dobry mindset, tu przez zły mindset coś się stało. O czym my w ogóle mówimy? Potrzeba uświadomić sobie, że to my jesteśmy sprawcami własnego życia i to życie nam się nie przydarza, tylko my jesteśmy kreatorami tego życia.

Ten mindset to nic innego jak nasz wewnętrzny sposób myślenia, nasz wewnętrzny sposób postrzegania rzeczywistości. To są te wszystkie przekonania, to wszystko co jest w nas i to jest ten filtr, przez który patrzymy na świat.

Jeżeli już wiemy, że mamy wpływ na to, jak myślimy, to dobrze jest podejść do tego myślenia świadomie: bo te myśli przepływają przez nasz umysł cały czas i czasem nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale leżymy wieczorem na łóżku i mamy gonitwę myśli: ten szef to znowu to, a ta osoba to znowu tu i w ten sposób te problemy krążą nam w głowie jak w kołowrotku. Dobrze jest powiedzieć sobie stop. Teraz świadomie zmienię trochę myślenie. Świadomie powiem OK, dziękuję i świadomie pomyślę teraz o czymś dobrym, np. o różowym słoniu. Od razu zmienia się trochę podejście, nastawienie, bo podchodzisz do tego swoim świadomym umysłem, nie pozwalasz tym myślom, emocjom płynąć. Tutaj polecałabym na pewno wszystkie techniki uważności.

Mamy teraz dużo kursów mindfulnessu np. uważności, w czasie których możesz pójść i pod okiem specjalisty skupić się na oddechu. Dostajesz taki czas, kiedy nie robisz nic innego tylko siadasz i na przykład oddychasz i skupiasz się tylko i wyłącznie na tym. Mimo tego, że te myśli płyną i płyną możesz powiedzieć dobra, stop (ktoś z zewnątrz przypomina też o tym, że np. jeżeli teraz myśli znowu poszły w tę niewłaściwą stronę, to pomyśl o czymś przyjemnym). W ten właśnie sposób uczymy się, jak przejść na tę pozytywną stronę mocy.

To ja może opowiem o dwóch technikach ćwiczenia uważności, o których słyszałem. Może dodasz też coś od siebie albo mnie poprawisz. Pierwsza to prysznic np. po powrocie z pracy, gdzie czujemy jak ta woda spływa po nas i wyobrażamy sobie, że te wszystkie trudności spływają razem z tą wodą.

Druga technika pomocna jest wtedy, gdy mamy problem z nic nierobieniem i oddech nas nudzi: możemy np. wziąć sobie pod język czekoladę, siadamy, skupiamy się na tej czekoladzie, która się rozpływa i w ten sposób mamy chwilę dla siebie skupiając się na sobie, na odczuwaniu i po prostu w ten sposób zaczynamy praktykować uważność. Co myślisz o tych dwóch technikach?

Jedna i druga jest rewelacyjna. Ta pierwsza jest bardzo dobra w zostawianiu tego, co mamy za sobą, czyli np. w sytuacji, o której mówiliśmy wcześniej: mamy niesprzyjające otoczenie w pracy − szef nas denerwuje, energia jest tam bardzo zła, jest zły nastrój, negatywne emocje. Jest to świetna technika do tego, żeby przyjść do domu i mentalnie oczyścić się trochę z tego, co było niesprzyjające. Jednak najlepiej jest nie robić tego nawykowo i automatycznie, tylko z uważnością i świadomością po co to robisz − wizualizujesz sobie, że ta zła energia odchodzi, ten zły nastrój odchodzi, oczyszczasz swoje ciało i wtedy wychodząc z tej łazienki faktycznie patrzysz zupełnie inaczej na ten swój dom i masz zupełnie inne nastawienie.

Jeśli chodzi o tę drugą technikę, o której wspomniałeś, to niekoniecznie musi to być czekoladka. Może to być kawałek jabłka, żeby było też zdrowiej, ale ważne, żebyś również poczuł strukturę np. pooglądał to jabłko, zobaczył czy jest ono bardziej czerwone czy jest bardziej zielone. Pomyśl jakie jabłko w ogóle lubisz, bo czasami kupujemy te jabłka z automatu i nie zdajemy sobie sprawy, że te czerwone to nie zawsze są takie smaczne, bo te zielone też mi smakują. Możesz pooglądać sobie jak wygląda ten ogonek, żebyś zrobił gryz i zobaczył, jaką twardość ma to jabłko. Czyli również z uważnością patrzymy na to, co robimy, a nie automatyczne. Bardzo dobra technika.

Super, polecamy spróbować. Może wydaje się to dziwne, ale myślę, że warto zwiększyć odczucia, nad którymi na co dzień po prostu się nie zastanawiamy, bo nie ma na to czasu.

Tak, większość rzeczy robimy na takim automacie, w związku z tym, tak jak powiedziałeś, nie mamy na to czasu, ale nie jesteśmy też w stanie cały czas podchodzić do wszystkiego z tą uważnością, bo byśmy zwariowali. Gdybyśmy z uważnością pili kawę, z uważnością szykowali dzieci do szkoły, to znowu przebodźcowalibyśmy się. Jest jednak taki moment, gdy mamy dość tego automatu i wtedy siadamy, robimy coś nowego: to dobra, to teraz jest mój moment, moje skupienie, chwila wyciszenia.

Jak podejść do poszukiwania pracy, pokazując umiejętności bez przesadnej pewności siebie?

Czyli jak nie wpaść w taką arogancję? Przede wszystkim nie podeszłabym do tego, jak do problemu, tylko jak do wyzwania, bo jeśli widzisz coś jako problem, to ma to już pejoratywne znaczenie i od razu nam się nie chce. Od razu podchodzimy do tego z takim ciężarem, z przekonaniem, że będzie trudno − idziemy na wojnę. Nie chodzi o to, żeby iść na wojnę, tylko o to, żeby porozmawiać z drugim człowiekiem, jak równy z równym, bo mamy równe szanse. Dobrze jest się do tego przygotować wcześniej − nie iść na żywioł, a spisać sobie nasze osiągnięcia: to ile pracy włożyliśmy, co umiemy, jakie są nasze mocne strony, żeby przygotować się do pytań, które mogą paść na takiej rozmowie rekrutacyjnej, żebyśmy już wiedzieli, jak rozmawiać.

Bardzo lubię też takie wyzwanie, że stajesz przed lustrem i mówisz to do lustra. Ubierasz się w garnitur lub odpowiednio do danej branży, tak jak chciałbyś pójść na tę rozmowę rekrutacyjną, i mówisz sam do siebie: jestem wartościowy, bo moje mocne strony to/włożyłem trzy lata w przebranżowienie/mam takie i takie doświadczenie z byłej pracy, to wyciągnąłem itp. Wtedy idąc na taką rozmowę rekrutacyjną, jesteś już bardziej pewny siebie, a z drugiej strony ważne, żeby mówić to szczerze ze sobą, aby nie stać się takim arogantem i mówić, o dobra, to ja już mam takie i takie doświadczenia, mimo tego, że tego doświadczenia nie masz. To powoduje, że stajemy się trochę niepewni w danej sytuacji, a nie chodzi o to, żebyśmy dostali pracę na umiejętnościach, których nie posiadamy.

To zapytałbym jeszcze o taką perspektywę − co myślisz o takim podejściu: OK, ta rozmowa jest już o krok od tego, co chcę zrobić i dzięki temu cieszę się, że na nią idę, bo jest to ostatnia rzecz, którą muszę wykonać, żeby dostać tę pracę. Dzięki temu podejściu nie myślę o tym jako o problemie tylko o szansie, którą otrzymuję i ta szansa/ten element pozwoli mi na to, żeby zrealizować ten nasz cel i jest to ostatni krok. Dlatego powinienem być nim podekscytowany, a nie zniechęcony.

Cudownie to nazwałaś, po prostu podejście do rozmowy rekrutacyjnej jako szansy jest idealnym rozwiązaniem, bo tak naprawdę wiesz, że dzięki temu, że tam pójdziesz, osiągniesz ten cel i że on się sfinalizuje. To jest ta wisienka na torcie, a ty właśnie teraz po nią sięgasz. Bardzo mi się podoba to podejście.

Ja już poczułem się podekscytowany, chciałbym tam być.

W jaki sposób osoby z naszego otoczenia mogą nas wspierać w procesie przebranżowienia?

Przede wszystkim takie osoby powinny wiedzieć, że my jesteśmy w takim procesie − to nie powinno być tak, że my tylko oczekujemy, że one nas będą wspierać, będą nam pomagać. Często te osoby albo nie wiedzą, że jesteśmy w procesie albo nie wiedzą czym ten proces będzie. Nie wiedzą jak ten proces będzie wyglądał, bo sam wspominałeś wcześniej, że to jest proces, który trwa od sześciu miesięcy do dwóch lat, więc jest on długi i dobrze jest wtedy usiąść z najbliższą rodziną, z żoną, mężem, dziewczyną, narzeczoną, chłopakiem, mamą, tatą i powiedzieć: ja teraz jestem w takim procesie, tak i tak będzie to wyglądało, tyle i tyle mi to zajmie i będę potrzebował od was wsparcia. Dobrze jest też powiedzieć konkretnie − nie czekajmy tylko na to aż druga osoba się domyśli.

Często życie naszego współlokatora, współmieszkańca, drugiej połówki też się zmienia przez to, że jesteśmy w tym procesie, bo np. do tej pory chodziliśmy co rano po świeże bułeczki, a teraz już na przykład tego nie będziemy robić, bo rano zasiadamy do komputera i tę pierwszą godzinę po przebudzenia, zamiast iść po bułeczki, to rozmawiamy ze swoim mentorem albo robimy jakieś tam wyzwanie, które sobie narzuciliśmy, albo np. nie jesteśmy w stanie odebrać dzieci z przedszkola czy ze szkoły, bo jesteśmy w tym procesie i mamy teraz zupełnie inne potrzeby.

Może dodałbym tutaj coś od siebie, jest to sytuacja z życia wzięta − bo wspomniałaś o dzieciach, o odbieraniu ich z przedszkola, sprzątaniu albo właśnie kupowaniu bułeczek − co myślisz o takim umówieniu się właśnie np. z partnerką, że słuchaj, ja teraz potrzebuję te sześć miesięcy, umówmy się tak, że ty robisz zakupy, musisz poświęcić trochę więcej czasu, żebym ja go miał dla siebie, aby się przebranżowić, ale obiecuję ci, że po zakończeniu przebranżowienia to ja będę przez te pół roku czy rok chodził po te zakupy i w ten sposób się wspieramy. Co myślisz o takim rozwiązaniu? Może masz jeszcze inny sposób?

Ja zdecydowanie jestem za tym, żeby szczerze rozmawiać, ale nie zostawiałabym tego na „za pół roku” czy „za dwa lata” czyli: teraz przez te pół roku ty to robisz, a ja potem wrócę, bo tak naprawdę mogę nie wiedzieć jak to będzie wyglądało za pół roku.

Bardziej poszłabym w tę stronę, że ja już nie będę chodził po te bułeczki o szóstej rano, ale zapewnię nam, że te bułeczki będą zawsze np. wieczorem. To pieczywo już będzie, więc zwalniam siebie z takiego obciążenia psychicznego, że nie mogę tego zrobić, aby też nie zrzucać wszystkiego na drugą połówkę/drugą osobę. W zamian dajmy coś od siebie, być może w innych przestrzeniach czasowych np. ja teraz nie będę odbierał dzieci we wtorki i w czwartki, proszę ty to rób, jeżeli masz możliwość, ale dzięki temu będę mógł się uczyć, dokształcać, będę zdobywać wiedzę i dzięki temu raz w tygodniu pójdziemy gdzieś razem albo zrobimy coś wspólnie. Dajmy też tej drugiej osobie taką gratyfikację tu i teraz.

To jeszcze bym dopytał, bo słyszę od moich podopiecznych takie sytuacje, że np. partnerka/partner mówią: słuchaj, ileż można się uczyć, zacznij coś robić, to już tyle trwa, chciałabym, żeby coś się w końcu zmieniło. Rozumiem, że takie podejście nie jest zbyt dobre, więc jak myślisz, z czego to wynika i jak możemy tę drugą stronę trochę uspokoić – wytłumaczyć, że potrzebujemy jeszcze tego czasu, żeby dokończyć to, co zaczęliśmy i to nie jest tak, że to jest element, który jesteśmy w stanie zrobić w ciągu jednego wieczoru i to nie zawsze zależy od nas. Możemy mieć trudniejszy okres, w którym nam gorzej idzie, więc ten czas przebranżowienia się wydłuża. Jak to zrobić, żeby ta druga strona nas nie napierała? Co jej powiedzieć, żeby ona też zrozumiała, że my nie oszukujemy, nie udajemy, tylko po prostu tak to wygląda?

Znowu wróciłabym do tej rozmowy i takiego bycia na bieżąco. Jak podchodzimy pod ten proces to ja, jak mówiłam wcześniej, poszłabym np. do kogoś kto powie mi konkretnie, ile to będzie trwało. Ja rozumiem, że to się może wydłużyć, bo być może moja przyswajalność wiedzy nie będzie tak szybka.

Być może wypadnie jakaś sytuacja w rodzinie, że ja przerwę ten proces − tak też się może wydarzyć i on wróci za jakiś czas. Dobrze jest wtedy uświadomić partnerkę i powiedzieć: słuchaj, no miało być tak pięknie, miało to trwać dwa lata, a okazuje się, że ja potrzebuję jeszcze rok, bo coś się na przykład zmieniło (bo to też jest taka dziedzina, która bardzo szybko ewoluuje i w ciągu dwóch lat wiedza, którą zdobyliśmy na początku, może być już mniej atrakcyjna niż była i trzeba się douczyć czegoś nowego, co wypłynęło teraz).

Dobrze jest więc, żeby ta osoba od razu to wiedziała, ale żebyśmy też powiedzieli: słuchaj, to będzie trwać dłużej, ale dzięki temu ja zyskam więcej, tak żeby ona też była świadoma co zyskuje − bo trochę jest tak, że to my cały czas potrzebujemy wsparcia, uważności, bo nam jest trudno, ale nie zwracamy uwagi na to, że tej drugiej osobie też może być trudno, bo ona cały czas czeka i nawet nie wie na co. Ty wiesz, jaka jest ta wisienka na torcie, a ta osoba niekoniecznie widzi tę wisienkę, więc dobrze jest uświadomić jej co zyskujemy razem, co ona również zyska, jeżeli ja już dostanę tę pracę.

To od razu sobie pomyślałem o tej opcji, którą podpowiedziałaś − o książkach, które sobie odhaczasz. Może jakbyśmy mieli taki zestaw elementów, które musimy zrobić i które już zrobiliśmy i jeżeli będziemy zaznaczać co już za nami, to ta partnerka/partner też będzie wiedzieć ile nam jeszcze zostało, co już zrobiliśmy i może to też będzie takie wizualne zobrazowanie sytuacji dla obydwu stron. Widzimy, ile jest, ile było, co już zrobiliśmy i widać, że coś ruszyło do przodu. Jeżeli nie rozmawiamy to, tak jak mówisz, ta druga osoba po prostu nie wie, co się dzieje i może się denerwować.

Zdecydowanie tak. Dobrze jest rozpisywać sobie takie punkciki i powiesić je w widocznym miejscu na kartce, tak żeby wszyscy je widzieli. To pomaga nam też w celebracji − już wiem, że np. ten punkcik mam zaznaczony na czerwono, jak skończę dokładnie ten dział to tu należy się nagroda i oni też Cię wtedy wspierają, motywują i mówią: super, zrób to, a szybciej pójdziemy do tego kina albo na te łyżwy. To może stać się naszą celebracją rodzinną.

Czy są ćwiczenia, które pomagają zasiać w nas pozytywne myślenie?

Parę ćwiczeń już podałeś: czyli ćwiczenie z prysznicem i to drugie z czekoladką i to są fajne ćwiczenia − bo nad czym my będziemy cały czas pracować? Będziemy pracować na własnym mindsetem, nad myśleniem, nad tym, żeby żyło nam się lepiej, żeby nasz umysł nas wspierał i motywował, a nie demotywował. Ja też wspomniałam Ci wcześniej o tym mindfulnessie, bo fajnie jest cały czas pracować z uważnością, z tym, co jest w danym momencie, z tym na jakim etapie jesteśmy. Ważna jest praca z oddechem. Możemy zapisać się np. do jakichś grup wspólnego medytowania, wspólnej uważności, wspólnego czytania. Jest dużo takich pomysłów, które pozwalają nam popłynąć w tym pozytywnym myśleniu.

Na jakie sytuacje sygnalizujące nadchodzący kryzys powinniśmy zwrócić uwagę?

Zdecydowanie są takie momenty − jeżeli czujemy, że ta nasza motywacja spadła i długo utrzymuje się na niskim poziomie: nic nas już nie cieszy albo przestaje nas cieszyć to co robimy, nie podchodzimy już do tego, jak do wyzwania, a wręcz do takiego niemiłego obowiązku − to jest to sytuacja, gdzie powinna nam się zapalić czerwona lampka i powinniśmy się zastanowić co się stało, że nie sprawia nam to już radości.

Jeżeli np. zauważamy u siebie ciągłą zmienność nastroju, czujemy, że jesteśmy rozdrażnieni i nie jest to już tylko rozdrażnienie spowodowane tym złym szefem, ale po przyjściu do domu ono zostaje. Z jednej strony jest fajnie, a z drugiej strony nie. Z jednej strony chcemy coś zrobić, ale później nam się odechciewa − to też są sytuacje, na które zwróciłabym uwagę, bo wszystkie długotrwałe spadki motywacji, koncentracji, zaangażowania mogą doprowadzić nawet do stanów depresyjnych czy lękowych.

Co możemy robić wtedy, kiedy widzimy te symptomy? Czy dobre będą te ćwiczenia, o których mówiliśmy, czy może jeszcze coś innego? Czy wystarczy po prostu np. stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie: OK, jest źle, ale zaraz będzie dobrze? Co tutaj moglibyśmy zrobić?

Na pewno bym siebie nie oszukiwała i nie mówiła sobie na siłę, że dobra teraz jest źle, ale będzie dobrze, tylko zastanowiłabym się skąd to wynika? Być może w moim życiu coś się już zmieniło i ten mój wypunktowany cel, czyli przebranżowienie się już nie jest tak naprawdę moim celem, bo np. zmienił mi się partner albo mam nowego partnera? Wiem, że w tej sytuacji to do końca nie gra, bo chcę dopiąć tego celu, bo sobie to postanowiłam, ale widzę też, że to już nie jest moja droga.

Inną sytuacją jest np. urodzenie dziecka, a moim celem było to, że będę pracował z każdego miejsca na świecie, podczas gdy moja partnerka mówi, że ona chce to dziecko wychować w Polsce, bo zna tu lekarzy, bo nie wiadomo jak będzie. Zastanowiłabym się więc przede wszystkim skąd to wynika? Co ja czuję? Co myślę? Czy to nadal jest moje − zwróciłabym na to szczególną uwagę.

Jak często przenosimy złe emocje na osobę uczącą (mentora)?

Myślę, że będąc mentorem wiesz, że nie możesz obarczać się winą za coś, co nie wychodzi twojemu podopiecznemu. Ja sama pracując z ludźmi wiem, że mogę dać im narzędzia. Wiem, że mogę im podpowiedzieć, wydobyć z nich rzeczy, nakierować, w którą stronę oni chcą iść − bo to tak naprawdę oni chcą (jeśli to wychodzi z nich). Nie zrobię jednak za nich całej roboty. Czyli jeżeli rozpiszemy plany, że np. to i to jest dobre (Ty pewnie bardziej rozpisujesz te plany, bo to są już takie twarde, sztywne plany, dotyczące tego czego powinni się nauczyć), to ty im dajesz tylko schemat, a to czy oni się nauczą, czy nie zależy tylko i wyłącznie od nich.

Nie możesz brać za to odpowiedzialności, bo nie wiesz, czy oni wykonają tę pracę w domu. Jeżeli pokażesz komuś np. jakąś formułę w Excelu (to najłatwiej mi sprecyzować, bo wiem o czym mówię) to jedna osoba zobaczy tę formułę, zapamięta ją i będzie potrafiła ją odtworzyć, a druga osoba potrzebuje powtórzyć ją 10 razy, aby utrwalić sobie to, jak się ją wpisywało, co jest po czym, aby dobrze to zapamiętać potrzebuję sama to przetestować. Jest to więc bardzo indywidualne.

Z drugiej strony, jeżeli dana osoba przychodzi do ciebie jako do mentora i wręcz wyrzuca na ciebie jakieś negatywne emocje, to pytanie, gdzie jest ta granica? Czy jak ona Ci coś zarzuca mówiąc halo, bo to ty mnie nie nauczyłeś, bo to ty nie zrobiłeś, to ile tam było twojej roboty, a ile tam było roboty tej drugiej osoby?

Czyli jeżeli mamy osoby, które przebranżawiają się współpracując z mentorem i pojawia się w ich głowach taka negatywna emocja, że on nic nie robi albo nie daje z siebie tyle ile trzeba, to warto się też zastanowić, ile my faktycznie dajemy z siebie i czy to nie jest nasza wina, ale łatwiej nam obciążyć tę drugą stronę? Czyli powinniśmy zastanowić się nad tym, jak to faktycznie jest?

Tak, zdecydowanie tak. Poza tym my zawsze mamy wybór − nie musimy być wierni jednemu mentorowi. Jeżeli ty mi np. nie odpowiadasz, bo uważam, że robisz za mało to ja mam prawo i możliwość zmienić mentora. Jeżeli jednak zmieniam pierwszego, drugiego, trzeciego mentora i cały czas mam takie wrażenie, że to on nic nie robi, to być może tak naprawdę wina jest gdzieś we mnie i to ja nic nie robię: to co daję z siebie poza tą godziną, którą spędzam z tobą jest mniej wystarczające niż mi się wydaje.

A myślisz, że praca nad uważnością pomogłaby mojemu podopiecznemu lepiej zrozumieć siebie, aby nie przerzucać tych emocji na mentora tylko najpierw zastanowić się nad tymi emocjami i dojść do wniosku, że to nie jest jego wina, tylko nasz błąd?

Ja tu w ogóle nie chcę mówić o tym kto jest winny, a kto nie, bo to nie o to chodzi. Myślę, że jeżeli współpracujemy, to powinniśmy być ze sobą szczerzy i rozmawiać ze sobą jak dorosły z dorosłym. Czyli możemy powiedzieć takiej osobie słuchaj, uważam, że to było za mało, potrzebuję np. więcej tej wiedzy, bo ja ją za szybko przerobiłem albo nie jestem w stanie przerobić tyle ile mi zadałeś, bo ja oprócz tego mam takie i takie obowiązki − zwolnijmy, bo ja nie daję rady, no nie ogarniam tego wszystkiego.

Tutaj taka rozmowa jak dorosły z dorosłym jest bardzo potrzebna, a ta uważność i koncentracja bardzo nam się przydaje w momencie, kiedy robimy już coś w domu, bo jeżeli jesteśmy bardziej uważni, bardziej skoncentrowani, to szybciej przyswajamy wiedzę. Dzisiejszy świat wygląda tak, że mamy milion rozpraszaczy. Teoretycznie siedzimy i mamy pracować, uczyć się, ale cały czas dostajemy powiadomienia z WhatsAppa, z Facebooka, w tle gra telewizor, słyszysz, że ktoś przyszedł, zadzwonił kurier, a w tle leci Netflix. Tych rozpraszaczy mamy tak dużo, że ta uważność, ta koncentracja nie jest skoncentrowana tylko na tym co chcemy osiągnąć i co robimy.

Jaką książkę polecisz osobie, która chce odnaleźć w sobie pozytywną energię?

Zdecydowanie poleciłabym książkę „Zmiana! I Co Dalej?”, którą napisał Tony Buzan − ona fajnie pokazuje jak mózg podchodzi do zmiany i jak zachowuje się w procesie zmiany.

Kolejną książką, którą uwielbiam jest „Pozytywność” i to jest książka Barbary Fredrickson (ja sobie ją np. pozaznaczałam milionem zakładeczek), która w naukowy sposób pokazuje jak ta pozytywność pomaga nam w życiu, w myśleniu, w rozwiązywaniu sytuacji, które wydają nam się być trudne, a jednak dzięki podejściu pozytywnemu stają się łatwe. Znajdziecie tam jeszcze bardzo dużo badań i podejść naukowych, gdzie możemy to zobaczyć.

Inną książką, która przyszła mi teraz do głowy, to Brian Tracy, być może już oklepany dla wielu z was, i książka „Zjedz tę żabę”. Ona fajnie pokazuje jak warto robić rzeczy, które są dla nas trudne. Do tej książki dołączony jest workbook i był taki moment w moim życiu, że ten workbook bardziej mi pomógł niż sama książka, bo właśnie w tym workbooku systematycznie rozpisujesz sobie konkretnie: co chcesz osiągnąć? jak? kiedy to zrobisz? jak to zrobisz? I działasz. Jeżeli ktoś idzie w branżę IT, to jest raczej umysłem ścisłym, więc być może ten workbook zrobi mu robotę. Również serdecznie polecam.

Jeszcze wcześniej wspomniałaś o książce pt. „Znajdź swoje dlaczego” Simona Sinka, czy polecisz tę książkę?

Tak, zdecydowanie wypadło mi to z głowy. Tak jak wcześniej mówiliśmy − ważne jest to, żeby wiedzieć, po co w ogóle coś robimy i czy jest to nasze.

Ja obecnie na co dzień mam to „dlaczego”, bo moja ponad trzyletnia córka jest na etapie powtarzania pytań: „a dlaczego?” i mogę powiedzieć, że jest to 100 procent tej książki.

Cudowne jest to, że takie dzieci są tak chłonne, wszystko chcą wiedzieć, a potem zabijamy to w sobie − już się o to nie pytamy. Nie pytamy sami siebie, dlaczego i po co robimy właśnie to.

Gdzie możemy Cię znaleźć w sieci?

Oczywiście znajdziecie mnie na Instagramie, na Facebooku, mam też swoją stronę internetową wiolettabajor.pl, gdzie można się umówić na sesję. Od niedawna mam też swojego TikToka, nad którym pracuję.

To zapraszamy wszystkich do odwiedzenia wszystkich miejsc, które są dla was najwygodniejsze, a Tobie Wiolu bardzo dziękuję za tę rozmowę i podzielenie się z nami swoimi radami.

Ja też również dziękuję, było mi niezmiernie miło.

Dzięki, trzymaj się, cześć.

Dzięki wielkie.

przebranżowienie
motywacja
negatywne emocje
pozytywne emocje
optymizm
jak uczyć się
motywacja w nauce
pozytywny mindset
mindset
rola mentora
psychologia
coach
psycholog
trener mentalny
it
programowanie
zmiana kariery
frustracja
hipnoza
mindfulness
uważność
Konsultacja i warsztaty devmentor.pl

Masz pytania o rozwój w IT? Porozmawiajmy.